Ale odbiegłem od tematu. Problem kreatywności przypomniał mi się ostatnio podczas ożywionej debaty medialnej nt. in vitro, a konkretnie po przeczytaniu polemiki Tomka Rowińskiego z prof. Jackiem Hołówką. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest, że ludzie, którzy odwołują się do "racjonalizmu" i "logiki" są zazwyczaj bardzo kiepskimi moralistami? I nawet nie chodzi mi o to, że dopuszczają się banalnych manipulacji/błędów logicznych w swoich wypowiedziach (patrz np. punkt 2 niżej), lecz raczej o głęboką przyczynę tego niepowodzenia, która tkwi immanentnie w ich sposobie myślenia, w ich schemacie. Mówimy o etyce, a więc sferze namysłu nad czynami ludzkimi, które są zmienne, spontaniczne, czasem nieprzewidywalne, bądź tragiczne. Racjonalista dysponuje schematem myślenia dwuwymiarowego - a więc "płaskiego" - "logicznego", które wyraża się w haśle "tertium non datur" (poza dwiema sprzecznymi, wykluczającymi się opcjami, nie ma innej możliwości).
Problem w tym, że myślenie etyczne, jak zauważył Arystoteles, musi być "trójwymiarowe" - a więc "głębokie", zakorzenione nie tylko w myśli, ale również w sferze realnego doświadczenia. Myślenie głębokie wyraża w etyce hasło "medium aureum" - złoty środek. Grecki filozof zauważył, że w sferze moralnej nie mamy do czynienia wyłącznie z "logicznymi" sprzecznościami. Myśliciele klasyczni byli przekonani (z własnego i cudzego doświadczenia), że "cnota" jest czymś trudnym, czymś co nie staje się automatycznie, spontanicznie, lecz wymaga wytężonej pracy rozumu i woli. Widzieli ponadto, że ludzie spontanicznie, zostawieni sami sobie zazwyczaj wybierają pomiędzy dwoma zwalczającymi się "wadami" (myślę, że jest to nie tylko problem moralności, ale i historiozofii...), np. romantyk walczy z pragmatykiem, purytanin z rozpustnikiem, lewak z prawicowcem, konserwatysta z postępowcem, etc. Do podobnego wniosku dochodzą niektórzy współcześni psychologowie*, zauważając, że większość ludzi postępuje w swoim życiu albo według przekazanego im przez wychowawców "skryptu życiowego", albo według jego negacji - "antyskryptu". Tymczasem człowiek wolny i dojrzały potrafi przejść ponad tymi determinacjami wybierając spośród dostępnych propozycji rozpoznane dobro, albo dochodząc autonomicznie do nowych rozwiązań. To samo zauważył już Arystoteles twierdząc, że cnota stoi między 2 wadami.
Wróćmy jednak do samej etyki racjonalistycznej. Etyka to dziedzina czynów, nie wyłącznie idei, dlatego racjonalista musi jakoś odwołać się do rzeczywistości, skądś czerpać dane. Ponieważ jego schemat mieści tylko 2 bieguny, to przy statystycznej obserwacji odrzuca rozwiązanie trzecie, występujące najrzadziej (jako najtrudniejsze), traktując je po prostu jako "błąd statystyczny". De facto wyrzuca zaś to, co było ideałem np. greckiej paidei czy średniowiecznego pragnienia "życia doskonałego" - postawy bohaterów i świętych. Racjonalista będzie więc głosił etykę mierności i równania w dół (vide komentarz prof. Hołówki do sprawy Anny Radosz sprzed kilku miesięcy). Co ciekawe, sami racjonaliści nie są chyba tak mierni, jak głoszone przez nich poglądy. Myślę, że np. prof. Hołówka włożył sporo pracy w swoim życiu na studium, lekturę i wysiłek intelektualny, co już jest sprawą nieprzeciętną. A jednak "dwuwymiarowość" myślenia uniemożliwia mu twórczą konfrontację swoich poglądów z życiem, choćby własnym...
Wyrzuciwszy cnotę, racjonalista musi poradzić sobie z pytaniem "jak żyć?" w świecie opanowanym przez same wady (rzuca to jakieś światło na przyczynę Hobbesowskiego homo homini lupus...). Ponieważ rzeczywistości-natury nie da się naprawdę zmienić, pozostaje manipulacja przy kulturze: etyka racjonalistyczna jest nadawaniem nowych sensów starym pojęciom (i nie widzę tu żadnej różnicy w sposobie postępowania tzw. "liberałów", "lewaków" czy "postmodernistów"). Thibon nazwał to trafnie "kanonizowaniem grzechu".
I tak np. w etyce seksualnej racjonalista będący między młotem "irracjonalnych zakazów religijnych" (często tożsamych z radami filozofów) a kowadłem "wolności jednostki", wprowadza proste przesunięcie semantyczne nazywając seksualność "miłością" - a przecież "każdy ma prawo do miłości" i wara innym od tego. Problem w tym, że ignoruje się tu twardy fakt, iż jest to sfera życia bardzo trudna (jeśli nie lubimy klasycznych filozofów, to wystarczy, że przypomnimy sobie Freuda), więc wprowadzając "wolność" do sfery idei, skazuje się na alienację realnego człowieka (jesteś wolny, masz prawo do miłości... radź sobie sam!). Ponieważ zaś myślenie racjonalisty jest "płaskie", dlatego też rozwiązania klasyczne (głęboko zakorzenione w doświadczeniu psychicznym i moralnym człowieka), dziś głoszone prawie wyłącznie przez Kościół, dosłownie "nie mieszczą mu się w głowie" i wprost wydają się "przesadą, niemożliwością" czy wręcz "opresją".
* * *
Przykładem konfrontacji myślenia "dwuwymiarowego" z "trójwymiarowym" jest debata nt. in vitro.
(1) Prof. Hołówka w charakterystyczny sposób zauważa np. że:
Większość ludzi czerpie z posiadania potomstwa jakiś rodzaj sensu życia, pokładając w dzieciach nadzieje na realizację celów, których im samym zrealizować się nie udało.Obserwacja, jak mniemam, słuszna. Oczywiście ciągle mamy z tyłu głowy argument, że "każdy ma prawo do sensu życia". A więc, odbierając możliwość posiadania dziecka (czyżby? - czym innym jest odebrać możliwość, czym innym jest naturalna niemożliwość...) odbieramy zarazem ludziom sens życia. Ergo - jesteśmy bezduszni. Logicznie się zgadza. Ale filozoficznie (czy inny człowiek może naprawdę być sensem mojego życia?), antropologicznie (czy można odrębną osobę, posiadającą autonomiczną godność wykorzystać jako substytut własnego życia?), psychologicznie (jak odbije się na psychice dziecka fakt, że było wypełnieniem egzystencjalnej nudy rodziców?)...?! W schemacie "dwuwymiarowym" to pytania nie może się pojawić.
(2) Inny argument Hołówki rozbawił mnie do łez. Profesor pisze tak:
Najczęściej przytaczane argumenty przeciw samemu zapłodnieniu in vitro, będąc całkowicie doktrynalnymi i dogmatycznymi, a ponadto obarczonymi błędem logicznym [podkr. moje - pk], zupełnie mnie nie przekonują. Bo jeśli głównym argumentem jest, że podczas zapłodnienia in vitro zabija się ileś niewykorzystanych zarodków, a przecież od momentu połączenia dwóch komórek mamy do czynienia z człowiekiem, to logika wymaga, aby stwierdzić, że zanim te dwie komórki się połączą, mamy do czynienia z półczłowiekiem – plemnik jest półczłowiekiem i komórka jajowa także. (...) A jeśli godzimy się co do tego, to musimy się zgodzić, że skoro człowiek istnieje od momentu połączenia dwóch gamet, to moment wcześniej każda z tych komórek była półczłowiekiem i należy jej się taki sam szacunek. Tymczasem Kościół jest niekonsekwentny, bo twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak półczłowiek.Dość powiedzieć, że Hołówka nie odróżnia zmiany jakościowej od ilościowej, ale dodajmy, że śmieszność tej "logicznej" tyrady tkwi właśnie w jej "logice". Oto analogiczna argumentacja, według schematu zaproponowanego przez profesora:
Ponieważ oczywiste jest, że zdanie [ p v ~p ] jest prawdziwe, dlatego stwierdzić trzeba, że wyrażenia [p] oraz [~p], które się nań składają są półprawdziwe. Dlatego każdemu z nich należy się taki sam szacunek, jak dla prawdy. Wynika z tego jasno, że wszystkie opinie są prawdziwe.
(3) Na koniec jeszcze jeden argument Hołówki:
Oczywiście można bezdzietnym rodzicom radzić, że skoro los w naturalny sposób nie obdarzył ich potomstwem, to może powinni zaadoptować dziecko. (...) Jest to jednak argument nierozsądny, choćby dlatego, że nie mówimy przecież, że skoro ktoś złamał nogę, to widocznie los tak chciał, albo skoro ktoś ma wrodzoną wadę serca, to los tak chciał, w związku z czym nie należy podejmować tutaj żadnych działań.Jeżeli bezpłodność jest chorobą, to należy ją leczyć. Ponieważ zaś bezpłodność polega na niemożliwości posiadania dzieci w sposób naturalny, dlatego leczenie powinno polegać na umożliwieniu spłodzenia potomstwa. In vitro pozwala na pojawienie się potomstwa, więc jest lekarstwem na bezpłodność.
Powstaje oczywiście pytanie: czy bezpłodność jest chorobą porównywalną z wadą serca? Moim zdaniem, chociaż leży na granicy tego, co nazywamy niedostosowaniem społecznym czy brakiem komfortu społecznego, można ją zaliczyć do chorób. Wszak bezpłodność oznacza, że pewne organy u mężczyzny bądź u kobiety nie są funkcjonalne, a medycyna nie jest w stanie ich naprawić.
Przesunięcie semantyczne polega tu na przedefiniowaniu pojęcia "leczenia" - z usunięcia przyczyny, na usunięcie skutku (współczesna medycyna wprowadza kilka kategorii "leczenia", np. "leczenie paliatywne", które sprowadza się do minimalizowania cierpienia ludzi nieuleczalnie chorych - widać tu jednak, że słowo "leczenie" jest tu użyte w znaczeniu wtórnym). Tymczasem prawdziwe leczenie bezpłodności polegałoby na usunięciu przyczyny sprawiającej odstępstwo od normy naturalnej, tak żeby rodzice mogli mieć w pełni swoje dzieci (od momentu poczęcia do momentu urodzenia będące w naturalnym "środowisku" matki dziecka). Tak samo proteza nie jest "wyleczeniem" amputowanej nogi, lecz jedynie usunięciem niektórych skutków straty. Problem filozoficzny czy bioetyczny, którego racjonalista nie stawia, wyraża się tu w pytaniu, czy leczenie może polegać na przedefiniowaniu procesu naturalnego oraz czy można tego dokonać wszelkim kosztem (np. zabijając innych ludzi)?
Tak więc mamy u Hołówki "klasyczne" postępowanie według płaskiego, dwuwymiarowego schematu myślenia: socjologia jako punkt wyjścia, alogizmy, przesunięcia semantyczne. Przeciwstawia się temu schematowi "trójwymiarowa" nauka Kościoła, o której (mam nadzieję) będzie niedługo w II cz. tekstu...
--
* Np. Berne'owska analiza transakcyjna; podobnie myśleli - posługując się już klasyczną terminologią - holenderscy psychoterapeuci Conrad Baars i Anna Terruwe.




7 komentarze:
Mnie się wydaje, że celem studiowania psychopedagogiki kreatywności nie jest nauczenie kreatywności, ale przekazanie umiejętności uczenia osób kreatywnych i doradzania im, jeżeli ich kreatywność powoduje problemy psych albo społ(bo i tak się zdarza). Nie jest to więc tak całkiem głupi przedmiot studiów - ot, jedna z odmian pedagogiki specjalnej, tyle, że w drugą stronę.
Komentarz do Hołówki - bdb i dziekuję.
Pełna zgoda co do problemu z wychowaniem ludzi zdolnych. To jest w ogóle jeden z paradoksów współczesności: przy kulcie inteligencji i umiejętności, ludzie najzdolniejsi odpadają, bo współczesne "postdeweyowskie" metody pedagogiczne nie umieją ich "zagospodarować". Z tym, że jest silny nurt, według którego właśnie KAŻDEGO można nauczyć kreatywności i to jest jednym z celów tych studów. Potem urządza się kursy za bajońskie kwoty dla firm itp.
Podobno Chavez wprowadził też taki przedmiot w Wenezueli, w ramach "podnoszenia poziomu". Ale to do zweryfikowania :)
Autor tego artykułu to kolejny niedorobiony humanista, który nie rozumie, czym są sprzeczności logiczne. Sprzeczności logiczne to nie dwa bieguny, skrajne przeciwieństwa. "Biały" nie jest sprzeczny logicznie z "czarnym", tylko z "nie-białym", a pod pojęcie "nie-białego" podpada nie tylko czarny, ale i wszystkie inne kolory – seledynowy, różowy, brązowy itd. Pomiędzy przeciwieństwami środek istnieje, pomiędzy sprzecznościami logicznymi środka nie ma, i kto uważa to za "płaski, dwuwymiarowy schemat myślenia racjonalistów", jest po prostu niedouczonym ignorantem.
Gdyby "Anonimowy" czytał ze zrozumieniem, zauważyłby zapewne, że mój zarzut dotyczył właśnie tego, iż racjonalistom mylą się te dwa porządki: przeciwieństw i sprzeczności. Nazwałem to "kiepskim moralizatorstwem", ale faktycznie można to również uznać za "niedouczone ignoranctwo". A skoro jesteśmy już w domenie coincidentia oppositorum, to widział ktoś z Was "douczonego ignoranta"? Jednakowoż dziękuję za komentarz. Posługując się niezbijalnymi argumentami kalibru "niedorobiony humanista" komentator pozostał anonimowy jak średniowieczni iluminatorzy... Rewiduję więc swoje poglądy i do cnót racjonalistycznych dołączam odwagę polemiczną oraz intelektualną przenikliwość.
"Mówimy o etyce, a więc sferze namysłu nad czynami ludzkimi, które są zmienne, spontaniczne, czasem nieprzewidywalne, bądź tragiczne. Racjonalista dysponuje schematem myślenia dwuwymiarowego - a więc "płaskiego" - "logicznego", które wyraża się w haśle "tertium non datur" (poza dwiema sprzecznymi, wykluczającymi się opcjami, nie ma innej możliwości)"
Z tego fragmentu wynika, że zasada LOGICZNYCH SPRZECZNOśCI, a nie żadna "zasada przeciwieństw" (o której mowy tu nie ma), jest "płaska", "schematyczna" i "dwuwymiarowa". Mój komentarz dotyczył tego właśnie, bo takie dictum to dopiero prawdziwa płaskość myślenia, opierająca się na nierozumieniu tego, czym są sprzeczności logiczne. Albo ja nie czytam ze zrozumieniem tego, co czytam, albo to Pan pisze bez zrozumienia tego, co pisze.
A czy zauważył/a Pan/Pani, że wziąłem słowo "logiczny" w cudzysłów? Że w tym tekście nie atakuję bynajmniej logiki jako takiej (nie mam ku temu żadnego powodu), tylko pewien typ myślenia, który zawęża refleksję moralną, a jednocześnie często legitymizuje się powołaniem na logikę? Proszę poczytać teksty prof. Hołówki i przeanalizować je pod kątem spójności logicznej, gorąco polecam. A gdyby zechciał/a Pan/Pani przeczytać choćby akapit dalej mojego wpisu, już coś by się rozjaśniło, a tak to same nieporozumienia...
No dobrze, a co Pan/Pani myśli o takim rozumowaniu przeprowadzonym przez wyznawcę jakiejś religii:
"1. Bóg jest dawcą szczęścia dla swoich wyznawców (tak mówią Księgi Święte).
2. Jestem religijny (spełniam wszystkie przepisy zawarte w Księgach), ale nie czuję się teraz szczęśliwy.
3. Wobec tego muszę stwierdzić, że Boga nie ma (albo nie jest dawcą szczęścia)". (ileż my takich lub podobnych rozumowań przeprowadzamy w naszym życiu, nieprawdaż?)
Albo przykład z innej "narracji":
"1. Każdy człowiek ma prawo do szczęścia.
2. Seryjny morderca czuje się szczęśliwy mordując ludzi.
3. Seryjny morderca ma zatem prawo do mordowania ludzi".
Logiczne? Moim zdaniem tak. Ale równocześnie "płaskie", bo nie uwzględniające wielu innych czynników, które są potrzebne do oceny sytuacji. Myślenie "racjonalistyczne" krytykuję dlatego, że wychodząc od abstraktów pomija wiele ważnych przesłanek realnego życia, ale umieszczając zarazem swoje tezy w schematach wynikań logicznych robi wrażenie rzetelnego. Inny problem jest taki, że myślenie "racjonalistyczne" czy po prostu "nowożytne" (tak to wygląda z punktu widzenia historii filozofii) w dziedzinie etyki de facto zapomina o dynamizmie moralnym człowieka (proszę porównać etykę Spinozy z Etyką Nikomachejską np) i szuka w efekcie takiego rozwiązania, w którym jak największa liczba ludzi będzie czuła sie jak najlepiej (przynajmniej tutaj dotyka realizmu, bo wie, że nie da się, aby "wszyscy czuli się najlepiej" :-) ). Są to jednak rozwiązania czysto teoretyczne i postulatywne, które okazują się zazwyczaj wewnętrznie sprzeczne w konfrontacji z rzeczywistością (jak choćby zaproponowany przykład z seryjnym mordercą; proszę przeanalizować podobne "oświecone" postulaty "tolerancji", "równości", "praw człowieka" - dla każdego z tych haseł można bez trudu zbudować kontradyktoryjne rozumowanie oparte na samych prawach logiki). Oczywiście, że upraszczam. Pamiętajmy jednak, że blog to nie uniwersytet... Mam nadzieję, że udało mi coś wyjaśnić. Jeśli nie zgadza się Pan/Pani, to chętnie wysłucham (merytorycznych) zarzutów.
Pozdrawiam.
PK
Uznaję sprawę logiki za wyjaśnioną i cieszę się, że została ona tak wyjaśniona. Chodziło mi głównie o logikę właśnie, a nie o pozostałe tezy artykułu czy komentarzy, które skądinąd warto byłoby zapewne poddać krytycznej analizie (jako w moim przekonaniu co najmniej uproszczone i kontrowersyjne), co jednak pomijam. Proszę wybaczyć, ale nie znam Pana intencji i z samego wzięcia słowa "logika" w cudzysłów trudno mi wnioskować, czy chodzi o pogardliwy stosunek do logiki (jak ja to odebrałem), czy o ironię wobec tych, którzy tej logiki źle używają (jak Pan twierdzi). Owszem, blog to nie uniwersytet, ale nawet blog nie zwalnia z odpowiedzialności za słowo, szczególnie, gdy aspirujemy do przedstawiania treści intelektualnych, zajmując się filozofią. Dlatego proszę nie dziwić się mojemu komentarzowi. Pozdrawiam.
Prześlij komentarz