Ponieważ tradycyjnie we wrześniu mamy już zimę, przypomniała mi się pewna karnawałowa "przygoda". Otóż dostałem kiedyś zaproszenie na bal organizowany przez pewną wspólnotę. Znałem tę wspólnotę z "autopsji", więc w drodze opowiadałem mojej towarzyszce różne anegdotki, żeby przygotować ją na ewentualne wydarzenia. Od słowa do słowa zaczęliśmy dyskutować o wartości tradycyjnych form pobożności, łacińskich modlitw, tych wszystkich czynności, które tworzyły niegdyś tkankę sacrum (ee, to o czym rozmawiają tradsi na randkach...?). Rozmowa urwała się niedokończona, dojechaliśmy. Właśnie wtedy nastąpiło "oficjalne" rozpoczęcie imprezy. W oczach znajomej dostrzegłem rosnące przerażenie. Teoretycznie nie powinienem był nic ujrzeć, ponieważ "zamknij oczy, jeśli się wstydzisz, nie bój się tańczyć dla Pana" rozbrzmiewał dobrze mi znany, protekcjonalny głos animatorki-aktywistki. Ale to było tylko preludium - za chwilę, co nawet mnie zaskoczyło, miało nastąpić sążniste terapeutyczne uzasadnienie całego przedsięwzięcia (animatorka najwyraźniej była świeżo po jakimś kursie antropologii filozoficznej na studiach). Nie narzekajcie, św. Tomasz jest nadal aktualny: "Człowiek jest istotą psychofizyczną, a nawet psychofizyczno-duchową". Z tej przesłanki wynikało (dość zawile), że chrześcijanin nie tylko może, ale nawet powinien modlić się rokendrolowymi wygibasami. Było to tak karkołomne jak uzasadnianie przez Kartezjusza, że świat materialny najprawdopodobniej istnieje, ponieważ mamy w naszych głowach ideę Boga... W każdym razie nie wypadało wyjść, choć spoczął na mnie ciężar odpowiedzialności, bo wyczułem, że moja koleżanka przekroczy niebawem jakiś duchowy Rubikon. "Po prostu odmawiaj Różaniec", powiedziałem dając jej moją fontgombijską koronkę - dobrą na każdą okazję. Sam włączyłem się w śpiew protestanckich piosenek (zaadoptowanych na potrzeby tego ruchu) wymyślając po cichu 2, 3 i 4-ty głos, trochę dla odwrócnia własnej uwagi, ale zasadniczo z intencją modlitewną - ostatecznie to nie był przecież "bal przebierańców". Tymczasem ta całkiem nieźle zaaranżowana "modlitwa spontaniczna" trwała już ze dwa kwadranse, lecz wciąż nie było widać końca. A przecież mógł po prostu wyjść na środek ksiądz, odmówić "Ojcze nasz" i pobłogosławić zgromadzonych (jak to było na poprzednim balu, który odwiedziliśmy). Zawsze mógł dorzucić jeszcze parę słów dla co bardziej radykalnych skrupulantów o "grzechach karnawału" i pocieszyć informacją o niechybnie zbliżającym się Wielkim Poście. "Cokolwiek śpiewam, śpiewam Panu memu", jak zaintonował pewien warszawski organista, który zaspał na psalm responsoryjny... Niestety, apogeum miało dopiero nadejść. Gdy wszystkie uzasadnienia zostały przekazane zgromadzonym, gdy wszyscy już na pewno jasno i wyraźnie zrozumieli dlaczego tak naprawdę tu przyszli, gdy byli faktycznie gotowi, nastąpiła osateczna próba. "Muzyczni" zaczęli grać murzyńską piosenkę, w której takt wspólnota rozpoczęła szaleńczy taniec z wyciągniętymi rękami. "Dlaczego tak jest, że po likwidacji łaciny, żeby wszystko było bardziej zrozumiałe, Polacy muszą się modlić w suahili?", siliłem się na stoicką kontemplację znaku czasu. Ale cóż, jedno doświadczenie lepsze niż tysiąc słów. "I właśnie dlatego - nachyliłem się do koleżanki - dobrze jest uczyć się łacińskich modlitw", podsumowałem naszą samochodową dyskusję patrząc znad okularów. "Gdy usunie się sacrum z liturgii, to potem jakoś wszystko trzeba na siłę sakralizować", przemknęło mi przez myśl. "Sakralizować?!" Ale nie domyśłiłem tej myśli, ponieważ raz dwa trzy, pięć sześć siedem, obrót, salsa. Potem twist, tango, cza cza...Przetańczyliśmy całą noc i chyba byliśmy nawet królami parkietu. Może to "moc" różańca z Fontgombault? A może po prostu... naturalna skłonność do tańca?
A co do charyzmatyków...
Pewien brat przyszedł pod celę abba Arseniusza w Sketis i zajrzał przez drzwi; i zobaczył starca jakby całego w ogniu, a brat ów był godzien to oglądać. I gdy zapukał, starzec wyszedł, a widząc zdumienie na twarzy brata, zapytał go: "Od dawna pukasz? Czyś może co widział?" On odpowiedział: "Nie". Starzec porozmawiał z nim i pożegnał go.
Bracia poszli do abba Antoniego i pytali go o pewne zdanie z Księgi Kapłańskiej. Starzec wyszedł więc na pustynię, ale abba Ammonas skradał się za nim, bo znał już jego zwyczaje. Starzec gdy odszedł daleko stanął do modlitwy i wołał wielkim głosem: "Boże przyślij Mojżesza i niech mi to zdanie wyjaśni". I dał się słyszeć głos mówiący do niego.
+++

2 komentarze:
Formalizacja myślenia to jedno z największych osiągnięć katolicyzmu. Któż nie odczuwał olbrzymiej satysfakcji czytając "Proslogion" św. Anzelma czy "Sumę" św. Tomasza! Dlatego też serdecznie zapraszam tu: http://logica.blog.onet.pl/
No nic, dzięki za ten bardzo ciekawy komentarz :)
Prześlij komentarz