9.10.08

Kolacje z Ojcami, odc. 7: „Żyj w celi, bracie”


Są takie dni, że kolację trzeba zjeść w McZłonaldzie. Tzn. wiadomo, że jest to ukłon w kierunku pewnej części publiczności. Pamiętam jak kiedyś będąc w podróży towarzyszyłem pewnemu radykalnemu konserwatyście (to chyba był jednak davilański reakcjonista), który kategorycznie odmówił posilenia się w Mac'u, mimo duchowego wsparcia pozostałej części załogi. Na szczęście hot-dog na BP okazał się koszer, nie do końca dziś wiem dlaczego. Pewnie dlatego, że nie śledziłem, które lobby wspiera brytyjskie petroleum, choć niestety już wiem, że Mac wspiera nie tych co trzeba, za to tych, których opłaca się wspierać. Ale to w ogóle jest tak, że nie ma symetrii w świecie. Człowiek by chciał inaczej, gdzie indziej, a w końcu je w McZłonaldzie. Zawsze próbuje się to jakoś złagodzić. Ja na przykład zamawiam sałatkę zamiast frytek. I nie chodzi tu o walory smakowe, czy nawet konsystencję (wszystko sprowadza się do sosu – frytki to keczup, sałatka – vinaigrette, duża kanapka – to coś żółtego w środku; odejmijcie sosy i zostanie jakaś apejroniczna materia). Tu chodzi o widelec. Do sałatki dają widelec. W tej sytuacji sztuciec staje się ostatnim bastionem cywilizacji łacińskiej, która upada, gdy ludzie zaczynają jeść palcami. Trudno mi się z tym nie zgodzić, jest coś zwierzęcego w postawie człowieka, który je hamburgera. Tak samo jak trudno mi się nie zgodzić, że uzdrowienie świata mogłoby się rozpocząć od społecznej kampanii pt. „smash your TV set!”. Zwłaszcza, że obie diagnozy pochodzą od zasłużonego uczonego, który stał się w rękach Opatrzności realnym narzędziem odnowy benedyktynów w Stanach. W każdym razie widelec (ostatecznie widelec jest równie dobrym pretekstem dla Requiescat! albo Retribuere za prof. Johna Seniora, co każdy inny). Kolejny czynnik łagodzący niestosowność fastfoodowego hic et nunc, to możliwość lektury. (W niektórych kręgach radzą nawet, żeby zawsze robić jeszcze coś innego, gdy się je, w celu zapomnienia o fizjologicznej konieczności tego wydarzenia. Czymś najgorszym jest wtedy rozmowa o kuchni, tak zwane „o jedzeniu przy jedzeniu”. Poza tym to ogólnie jest trochę nie na miejscu, że ludzie mają ciała. Chyba, że są to ciała Sykstyny, o tym rozmawiać można, a nawet należy). Niestety w McZłonaldzie lektura nie najlepszego sortu. Ale „nie ma tego złego”… W gazecie czytam, że nawet nauka już udowodniła, że nie ma symetrii w świecie. Na początku była, a potem Big Bang i się rozeszło. Ojcowie Kapadoccy wiedzieli to kilkanaście wieków przed Japończykami, więc tutaj też jest jakaś dysproporcja, bo Ojcom nikt nie przyznał Nobla. To w pewnym sensie sytuuje ich w podobnej sytuacji jak polskiego astrofizyka (był kiedyś taki dowcip o człowieku, który wylądował w nocy nie do końca „świadomy” i patrząc w niebo wyliczał – Mały Wóz… Duży Wóz… O – radiowóz!”; jak się czyta gazety, to takie „dowcipy” przestają być śmieszne). Ale tylko w pewnym sensie, bo w końcu wiadomo, że nie o Nobla chodziło w tym artykule. Tak jak w tamtym o 25-leciu innego Nobla. W sumie to ciekawe, bo mówią, że tu chodzi o demokrację i personalistyczną obronę zasłużonych ludzi przed nienawistnikami, a przekaz „dla młodzieży” jest jasny: „zdrada popłaca”. No, ale nie ma symetrii, nawet Japończycy to udowodnili. Właśnie tak sobie myślałem przeglądając prasę w McZłonaldzie i jedząc swoje sosy z czymśtam (w zestawie oszczędzasz). Wtedy uświadomiłem sobie, że przy stoliku obok toczy się interesująca rozmowa. To właśnie była jedna z tych sytuacji, o których jak się opowiada znajomym, to się mówi „wiecie, nie chciałem podsłuchiwać, ale nie miałem wyboru, bo oni za głośno mówili”. Tylko że ja chciałem słuchać, a poza tym „nie ma tego złego”. Bo przecież nadarzyła się okazja, by doświadczyć magii minionych epok. Po Konstantynopolu nawet przekupki na targu rozmawiały o Trójcy św. (targ to był w IV w. taki Internet). Tu co prawda nie przekupki, tylko zwykłe dziewczyny, i nie o Trójcy, tylko o „szóstym paragrafie”, ale entourage bazarowy, więc zawsze coś. Dziewczyny, seks, konspira. Nie trzeba być Johnem Eldredgem, żeby wiedzieć, że to działa na najedzonych facetów. A dialog moich sąsiadek, aż się prosił. Pierwsza z nich właśnie się zaręczyła. – To znaczy on nie zapytał się czy zostanę jego żoną, tylko takie tam, wiesz, że nie może beze mnie żyć, i w ogóle. – Ehe. Może źle słyszałem, ale tu nie zauważyłem zbyt wielu emocji. Pojawiły się dopiero po chwili, gdy zaręczona wyznała, że nienajlepiej się czuje z tym ciągłym mówieniem na spowiedzi, że „obiecuje poprawę”, choć wie, że i tak niedługo „będzie to samo”. Jej koleżanka mówiła tak cicho, że już na pewno źle słyszałem, ale z kontekstu wynikało, że konsekwentnie wcielała się w rolę advocatusa diaboli, ponieważ zaraz dotarło do mnie oburzone: – No co ty! Przecież zawsze mówisz te formułki na spowiedzi. Nie da się tego obejść! Tamta znowu coś pod nosem. – No nie wiem, ja czuję się po prostu jak bym oszukiwała, wiesz, obiecujesz komuś coś, robisz coś innego. To jest fatalne. Aniołowie Stróżowie czuwali, bo jak rozmowa zaczęła dryfować w kierunku szczegółów sakramentalnej techniki (jak co trzeba nazywać itd.), to panienki sobie przypomniały, że zaraz mają autobus, więc na szczęście „nie byłem zmuszony” słuchać katalogu ich grzechów (– Ehe). Zerwały się i trochę zafrasowane, ale też tak po prostu pogodne, jak to polskie dziewczyny, pobiegły w kierunku przystanku. Ja zostałem sam. Z widelcem i zgagą. Cóż, „zdrada popłaca”, „nie ma tego złego”, „są takie dni, że trzeba …” Po Big Bangu grzechu pierworodnego wszyscy jesteśmy hipokrytami. Nie ma symetrii między tym, co by się chciało, a tym co jest. Środa wieczór, cóż, McZłonald czy BP? A jednak w tym wszystkim jest coś, co sprawia, że życie w ostatecznym rozrachunku staje się czymś więcej niż wybór między hamburgerem a hot-dogiem. Coś, co w świecie bez symetrii jest źródłem pokoju nie z tego świata. To coś, to formułki. „Obiecuję poprawę i proszę cię, ojcze, o rozgrzeszenie”. Formułki, od których próbowały uwolnić nas kohorty personalistów, obrońców godności. Formułki, które kryją coś bardziej niewidzialnego niż protony w CERNie, choć nie trzeba być Japończykiem, żeby je zrozumieć. Panny z fastfooda nie pamiętają katechizmowych warunków dobrej spowiedzi (stąd ich cała rozmowa), ale – przynajmniej jedną z nich – ratuje wierność tym kilku słowom, albo po prostu: Słowu. Wiadomo, procreatio i remedium concupiscentiae brzmi nieco gorzej niż „miłość, co prowadzi małżonków do dobrowolnego wzajemnego oddawania się sobie, które wyraża się w czułych uczuciach i aktach oraz przenika całe ich życie”, na co często zwraca uwagę o. Hiacynt Kukaracza, jezuita. W ogóle mówienie o rodzeniu dzieci i „pożądliwości” jest trochę nie na miejscu, gdy można rozumnie mówić o szczęściu i „szansie spotkania”. A gdy coś nie daje mi szczęścia, to jest „złe” i należy się od tego uwolnić. Bo formułki można zmieniać, a najlepiej się ich pozbyć, ponieważ, jak udowodnili japońscy naukowcy, w świecie nie ma symetrii. Zbawienie instant i żarcie w fastfoodzie. Mały Wóz, Duży Wóz… Ile warte jest takie szczęście? Tyle co hot-dog, gorący seks wczorajszej nocy, czy ta gazeta z McZłonalda? Kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Normalnie jak „amen” w pacierzu (bo przecież nie „jak w banku”, he he).


Ps. Formułki. I widelce.





+++



Ktoś mówił do abba Arseniusza: „Dręczą mnie moje myśli i mówią mi, że nie jestem zdolny do postu ani do pracy, więc żebym przynajmniej poszedł opiekować się chorymi, bo i to także jest miłość”. A starzec rozpoznał podszepty diabła i tak odpowiedział: „Wracaj i jedz, pij, śpij, żadnej pracy nie wykonuj – tylko się z celi nie oddalaj”. Bo wiedział, że to wytrwanie w celi doprowadza mnicha do doskonałości.

5 komentarze:

Arseniusz pisze...

"Pierwsza z nich właśnie się zaręczyła. – To znaczy on nie zapytał się czy zostanę jego żoną, tylko takie tam, wiesz, że nie może beze mnie żyć, i w ogóle"
--
Bardzo to smutne. Młodzi kosmici są tak strasznie sterylni, ani porządnie nagrzeszyć ani zakochać się nie potrafią. Ludzie w kokonach.

Piotr Kaznowski pisze...

Ech, no wszyscy jestesmy kosmitami, bo żyjemy w "epoce science-fiction", jak mawia mój brat. I w ogóle, "kiedyś to było", ludzie żyli pełniej, grzeszyli mocniej. Jasne, że jak się wybiera "łatwiejszą drogę", to płaci się za to jakąś cenę amplitudy przeżyć. A jednak ujęła mnie u tych dziewczyn pasja rozmowy o sakramentach. "Nie bedę mogła chodzić do Komunii!". To nie było na pokaz. I to chciałem uchwycić - wiara ratuje nawet te "najlichsze" cząstki. Nawet kosmici mogą być zbawieni :) Pozdr.

klucha magna pisze...

A propos sytuacji fastfoodowych: stoję w kolejce w pizzy hut po pizzę w częściach.
do wyboru: hawajska (mniam!), supreme, pepperoni i wegetariańska.
Pani przede mną pyta o wegetariańską, na co sprzedawca: "Proszę Pani, wegetariańska jest tylko w piątki. Wie Pani, piątek to taki dzień p... [zawachał się]to taki dzień wegetariańśki."

Zoszka pisze...

to ja już komentarz kompletnie niepoważny: właśnie jem sałatkę z maka i uważam że widelec jest bardzo elegancki. W każdym razie znacznie bardziej gustowny, niż te, które na stoisku obok podają do kuchni polskiej z takimi sztandarowymi wytworami kultury polsko-łacińskiej jak ogórkowa i schabowy

kojot pisze...

hehe, świetnie piszesz. Pozdrawiam