17.12.08

Godzinki Hardcore

Przez całą Mszę miałem skrupuły. Zresztą nie pierwszy raz. Ale miarka się przebrała, muszę to napisać. Po prostu po tym, co dziś przeżyłem milczeć nie mogę! Śpiew Godzinek zajmuje nam średnio 25 minut, nie spieszymy się, bo jak słusznie piszą w starych śpiewnikach kościelnych, „wolno znaczy nabożnie”. Cóż to 25 minut wobec wieczności? – mógłby ktoś spytać. A jednak. 25 minut ciągłego śpiewu „unisono”, lecz faktycznie w interwałach nieznanych nawet pitagorejczykom mogłoby najbardziej wytrwałych doprowadzić na skraj szaleństwa. Kto śpiewa dwa razy się modli? Nie wierzę, aby tę niedorzeczność mógł wypowiedzieć św. Augustyn, a nawet jeśli to rzeczywiście był on, to przecież ma na swoje usprawiedliwienie fakt, że Florence Foster Jenkins przyszła na świat jakieś piętnaście stuleci później. Szczęść Boże, szczęść Boże. Zbliżając się do kościoła widzę tylko żółtawe płomyki ich lampionów. Potem na ciemnym tle nieoświetlonej cegły zaczynają majaczyć czarne plamy. Tak, to one. Chciało się wstać, pani Halynko? Łeetm, ja o czwartej czydzieści już wstałam. O, ja też, mąż mi mówi, że mam zegarek w głowie. W tym wieku się już nie śpi, pani Jolu. (Kobiety są z Wenus?!) Proszę przodem, pani Basiu, proszę. – I ja mam za chwilę, z nimi walczyć, za chwilę podczas śpiewu?! Ja, który ledwo obudziłem się 7 i pół minuty temu, i nie uzyskałem jeszcze zmysłowej pewności czy to sen czy jawa? I jak to się dzieje, że gdy ja ledwo doczłapię do kaplicy, żeby zapalić świece przed obrazem Matki Bożej (tzn. nie świece, tylko takie knotki olejowe w żółtym plastiku, bo do tego sprowadza się ideologia środków ubogich), to one zdążą po drodze odprawić jeszcze swoje nabożeństwa do Krzyża Świętego (w kruchcie) i do Najświętszego Sakramentu (w nawie)? Może podam lampionik, to jaśniej będzie? – Nie dziękuję, odpowiadam zmieszany, bo właśnie smarkałem profilaktycznie. Nawet św. Josemaria Escriva nie potrafił patrzeć tak protekcjonalnie jak one. Czekam na W. – z nadzieją, że mnie nie zostawi samego. Podobnie on czasem czeka na mnie. Zazwyczaj nadzieje nasze są płonne – zamiast śpiewać Najświętszej Panience wybieramy, jak poganie, rozkosze Morfeusza. Niewiastę mężną któż znajdzie? No żesz, przecież jestem jedynym mężczyzną w tej kaplicy! Może jednak W. przyjdzie? Bije zegar (nigdy nie bije sześć razy, tylko więcej, nie wiem jaka to należy liczyć?), dzwony już nie biją, bo pewnie ktoś nastraszył Księdza Proboszcza, że nie żyjemy w państwie wyznaniowym, żeby go dzwony budziły o szóstej nad ranem, skoro on oglądał filmy przyrodnicze w TV do trzeciej i teraz chce się wyspać. W. nie przychodzi, a ja już słyszę ich szemrania, że już czas, już czas, trzeba zaczynać! Niemożlywe, drwię w myślach, ale przecież nie mam złudzeń co do swojego żałosnego położenia. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wiem co wydarzy się teraz. Drżę, ale nie mogę ustąpić. Zaaaacznijcie wargi nasze chwaaaalić Pannę Świętą… Jak zwykle – nie dały mi nawet zaintonować incipitu: od razu weszły w złej tonacji. I zawsze w dół, zawsze nas ciągną w dół! Ja bym naprawdę bardzo chciał śpiewać z nimi, ale one nie są stałe. One nie zostają na jednym poziomie, to nie chodzi o to, że one nie wyciągają. To jest jakaś metafizyczna przekora. Dlatego nie mogę ustąpić, muszę wytrwać, choć z punktu widzenia muzykologii, te współbrzmienia nie istnieją. W innym wypadku musiałbym zacząć śpiewać kontra-basem. I tak w czwartym wersie jesteśmy już na granicy infradźwięków (nie odważę się przecież napisać: dźwięków infernalnych). Jak jest W. to robimy sobie taki tunel akustyczny pochylając się nieco do przodu, wtedy łatwiej przetrwać. Dziś byłem sam. Dlaczego kobiety zawsze ciągną nas w dół? Odpowiedź na to pytanie zostawiam teologom ciała. Mnie pozostaje tylko luźna spekulacja. Bo jak skończył najmądrzejszy król Salomon? A w ogóle, jak to było z jego matką? Dlaczego ognisty prorok Eliasz bał się tej baalitki Izebel? Co się stało z Samsonem? W jakich okolicznościach zginął Jan Chrzciciel…? Ojacie. I od czego to wszystko się zaczęło?! Lecz nagle wszystko staje się jasne. Co prawda zaledwie kierunek naszego śpiewu jest zgodny, a harmonia panuje tylko w ciszy po ostatnim amen. A jednak – śpiewamy Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Mortal combat w śpiewie to tylko trop grzechu pierworodnego i tego, co po nim nastąpiło, tej totalnej katastrofy, jak często wyrażał się Tolkien. Jest jednak światło w tej grudniowej ciemności. Jest Nowa Ewa, która zamiast Non serviam! mówi Fiat mihi secundum verbum tuum! Tak że w pewnym bardzo konkretnym momencie historii na tym upadłym świecie zapanowała totalna harmonia (a Kościół do dziś wyśpiewuje ją w Magnificat).

Po Godzinkach Msza roratnia. Msza biała, nie fioletowa, Msza z Chwała na wysokości. A ja całą Mszę i tak miałem skrupuły. Tymczasem Opatrzność złagodziła nieco moje męczarnie, bo organista zaspał. Trochę plastiku mniej, środki ubogie. Usiadłem w jednej ławce z panią, którą najbardziej w duchu oskarżam podczas śpiewu. Takie ćwiczenie adwentowe: uśmiechnę się podczas znaku pokoju (tego kuriozalnego momentu zreformowanej Mszy). Oczywiście rywalizację miłości przegrałem tak samo jak zapasy wokalne. Jej gestykulacja, mina i w ogóle całość ruchów, która bezsprzecznie wskazywała na co najmniej dwunasty stopień pokory, wbiła mnie w takie osłupienie, że ledwo kiwnąłem głową. Tego jednak za wiele! Na koniec Ksiądz Proboszcz zaintonował Z dawna Polski Tyś Królową. Moja sąsiadka ciągnęła konsekwentnie: swe królestwo weź w pod rękę, ale ja zatrzymałem się na tym jakże niejednoznacznym i wątpliwym teologicznie wersecie: niewytrwałym skracaj mękę. Z pewnością należę do niewytrwałych. Na szczęście czasoprzestrzeń liturgiczna wprowadza nas w strefę Wielkich Antyfon, a to najpewniejszy znak, że Boże Narodzenie tuż, tuż. Uff. Dziś śpiewamy O Sapientia (tzn. ja dośpiewuję sobie w głowie to, czego zabrakło na Mszy).

A na koniec: Allez, les filles! 


16 komentarzy:

Tomasz Sulewski pisze...

Dlaczego Twoim zdaniem znak pokoju jest kuriozalny?

Marigolden pisze...

Dlaczego "ideologia środków ubogich"?

P.S. "Kto śpi, nie grzeszy" ;)

Piotr Kaznowski pisze...

@Tomasz: może nie tyle moim zdaniem, co podmiotu powyższego przetworzenia literackiego :-) W każdym razie mogę się domyślać o co mu chodzi - kuriozalny jest w kontekście: przez kilkanaście sekund Mszy ludzie zaczynają się zachowywać jak w pubie (no, może restauracji) po haśle, że Polska strzeliła gola.

@Marigolden: "zwróćmy uwagę na zastosowanie sprytnego zabiegu edytorskiego zwanego wytłuszczeniem tekstu" :-)

Dlaczego "ideologia"? Bo "po owocach poznacie".

"Kto śpi ten nie grzeszy". Czyżby?
http://www.youtube.com/watch?v=Z7BuQFUhsRM
:-)

Tomasz Sulewski pisze...

Tylko czy w takim układzie kuriozalny jest znak, czy ludzkie zachowanie?

Piotr Kaznowski pisze...

@Tomasz: Tylko, że nie ma znaków poza "ludzkim zachowaniem", bo to ludzie czynią znaki. To zachowanie jest nośnikiem znaku, nie na odwrót. Lex orandi itd.

Tomasz Sulewski pisze...

czy w takim razie uważasz, że np. klękania podczas Mszy nie można (w sensie - nie jest to możliwe) wykonywać tak, jakby się było w pubie?

Piotr Kaznowski pisze...

Jest to jak najbardziej możliwe. Z jedną tylko różnicą: w pubie się nie klęka. Klękanie zostało "przejęte" do liturgii z innego kontekstu, znacznie bardziej podniosłego. Jeśli ktoś klęka w pubie, to raczej naśladując gest liturgiczny. Historia liturgii pokazuje raczej, że wycofywano stopniowo "spontaniczne" znaki pokoju, bo to zaburzało czynności święte i prowadziło do nadużyć. Wprowadzenie obecnego "znaku pokoju" najprawdopodobniej ma tę samą genezę, co uczynienie z ołtarza stołu prezydialnego z dostawioną mównicą (ambonką), itd. A w ogóle, do czego zmierzasz? :-)

Marigolden pisze...

Ależ się intertekstualnie zrobiło. :)

Nie jestem pewna, czy rozumiem zarzut. Jeśli chodzi o (1) fakty, czyli o to, że doświadczenie nie potwierdza skuteczności środków ubogich, to przecież wynika to z samej ich definicji - o ile dobrze rozumiem ideę (?), to na tym właśnie polega ta "ubogość", że ich efekty są niewymierne (czy wręcz nieobserwowalne), że nie dają one możliwości cieszenia się owocami, bo nawet jeśli przysparzają dobra, ten kto ich używa nie jest w stanie tego stwierdzić. Więc może zarzut polega na (2) krytyce pojęcia (co to za środek, o którym nie wiadomo, jak się ma do celu)? Może i trafny, ale przecież to religia, nie prakseologia. Zresztą wystarczy wtedy przechrzcić "środki" na coś innego i po sprawie. Chyba że chodzi o to, że (3) środki ubogie przynoszą skutki, tyle że złe - ale tego z kolei też nie da się stwierdzić ze względu na wspomnianą wcześniej ich naturę. Ewentualnie "ideologia" to nie tyle zarzut, co (neutralne) wskazanie braku ugruntowania w sferze faktyczności - ale zwyczajowa pejoratywność tego słowa przesłania w moim odczuciu resztę jego znaczenia.
(Oczywiście cały czas mam na myśli środki ubogie rozumiane dosłownie, a nie nędzę estetyczną imitacji świec, ale rozumiem, że zabieg stylistyczny polegał na zabawie wyłącznie z odniesieniem terminu, a ocena jest ta sama w obu przypadkach?)
Może ta dociekliwość męcząca i godna lepszej sprawy - ale akurat ta sprawa mnie zainteresowała. :) Bardzo mnie ta krytyka zaskoczyła, wydaje mi się, że mało jest rzeczy tak intuicyjnych jak sensowność środków ubogich. (Uwaga na marginesie, wiem, że na intuicje nie podyskutujemy.)

P.S. Argument z Matrixa - nie do odparcia. :)

Piotr Kaznowski pisze...

Ad (1). Wprost przeciwnie, „środki ubogie” miały przynieść bardzo wymierne skutki, mianowicie przekonanie świata, że Kościół nie jest już triumfalistyczną zamkniętą twierdzą, lecz wrażliwą społecznie instytucją pochylającą się nad najbiedniejszymi… (z tej też racji automatycznie odpada (2) i (3)) Myślę, że trudno wywieść z samej semantyki „ś. u.” stwierdzenie „nie dają one możliwości cieszenia się owocami, bo nawet jeśli przysparzają dobra, ten kto ich używa nie jest w stanie tego stwierdzić”. Ubóstwo (ewangeliczne) jest w istocie bogactwem i kto traci wszystko dla Boga, zyskuje wszystko. Tylko zauważ – poprzednie zdanie przedstawia perspektywę indywidualnej drogi, a ujmując radykalnie – drogi heroicznej i mistycznej. Do społeczności nie można stosować tych samych praw (albo lepiej wymagań), co do poszczególnych osób (przynajmniej jeśli mówimy o rozwoju duchowym). Teraz należy spojrzeć na realizację tej idei w życiu Kościoła – tzn. gdzie konkretnie ją zrealizowano. Okaże się, że ani nie w życiu duchowieństwa, ani w życiu wiernych, tylko właśnie w sferze kultu: najbardziej dostało się architekturze, sztuce i muzyce sakralnej. Dlatego narrator mówi tu o „ideologii” i nadaje intencjonalnie znaczenie pejoratywne „ś.u.”. W historii Kościoła były momenty zwrotu ku takim środkom, ALE – w przypadku reformy cysterskiej położono nacisk na sublimację piękna, czyli niejako na odejście od przepychu narzucającego się wprost, bogactwa „materialnego” (btw. przepych romański, to przecież nie było rokoko :-) ) do piękna bardziej „formalnego” wyrażającego się w nowych strukturach architektonicznych (katedry gotyckie), por. „metafizyka światła”. Z kolei reformy mendykanckie miały na celu wprost ubóstwo duchowieństwa i to w dwóch odcieniach: św. Dominik chciał przede wszystkim naśladować Chrystusa Nauczyciela błądzących (manichejczyków), więc, aby zdobyć „mandat” nauczycielski upodobnił się również do ubóstwa Pana Jezusa, który „nie miał gdzie położyć swojej głowy” oraz Apostołów („nie bierzcie trzosa ani drugiej sukni”); św. Franciszek zaś chciał wprost upodobnić się do Chrystusa Ubogiego i Cierpiącego (lecz również stąd wywiódł swój mandat apostolski). Tymczasem reformy po V2 ani nie dotknęły duchowieństwa, ani nie próbowały sublimować piękna wykorzystując nowoczesne metody technologiczne, lecz wprost uderzyły w piękno liturgii. Dlaczego? Dlatego, że stała za nimi pewna ideologia przewartościowująca to, co było dotąd oczywiste w Kościele – „niczego nie przedkładać ponad Służbę Bożą” (tzn. ponad chwałę Bożą w liturgii).
Myślę, że to co napisałaś w nawiasie jest najważniejsze – intuicyjnie wszystko się zgadza, bo ta ideologia jest właśnie dopasowana do tzw. naszych czasów i ich pokręconej mentalności. Tymczasem jeśli chodzi o zjawiska eklezjalne czy duchowe, nie należy ufać intuicji (wszyscy jesteśmy dziećmi naszych czasów, a więc nosimy w sobie również ich choroby), lecz raczej spojrzeć w szerszym kontekście historycznym i doktrynalnym. Widzę, że masz „wrażliwość logiczną”, ale właśnie taka wrażliwość może bardzo utrudniać właściwe poszukiwania – bo ona bardzo często pociąga za sobą oderwanie od konkretu, pewien „idealizm”: to samo znajduję w myśleniu kol. Tomka powyżej – zakłada się prymat „znaku”, „intencji” nad konkretną realizacją. A przecież nie jest nam dane nic poza konkretną realizacją, nie wystarczą nam „idee czyste”, ponieważ nie jesteśmy aniołami. Również dlatego napisałem o ideologii, ponieważ jest to zjawisko, które nie liczy się rzeczywistością, lecz nakłada jakiś sztuczny wzorzec na to, co istnieje i dokraja do tego wzorca, jak do łoża Prokrusta świat istniejący.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz!

Ps. Czy my się znamy z tzw. reala? :–)

Anonimowy pisze...

Przepraszam, że się wtrącę, ale nie mogę się powstrzymać:)
Po pierwsze czy nie było w starożytności tak, że znak pokoju miał sens, bo dana wspólnota się znała i to było normalne pojednać się na mszy przed komunią, a teraz kościoły są pełne anonimowych ludzi, którym wszystko jedno komu się kłaniają, uśmiechają czy podają rękę.
Po drugie masz swój pokutny charakter adwentu:)Ale ja tak miałam, że ledwo liznęłam trochę teologii, to uszy zaczęły mi więdnąć przy słuchaniu kazań na mszy, po wejściu w muzykologię każda niemalże msza, na której gra się i śpiewa, jest dla mnie prawdziwą torturą. To minusy, które przyniosły mi studia. Czasami myślę, że może lepiej byłoby dla jakości mojego uczestnictwa we mszy nie studiować.
No i po trzecie: genialny pomysł z tym preludium c-moll Bacha, przewijającym się w "Trio z Belleville"
Pozdrawiam
tonisia

Piotr Kaznowski pisze...

Dzięki, Tośka, za wpis! I za Bacha, brawo! A co do minusów studiowania, cóż wiedza przysparza cierpień, ekhm, ekhm :-) No i "lepiej być nieszczęśliwym Sokratesem, niż szczęśliwym głupkiem", jak mówią. Pozdrawiam też, P

Marigolden pisze...

@ Autor

Co do środków ubogich – mogłabym tu pomęczyć kilka szczegółów, ale byłoby to już jałowe. Rozróżnienie między jednostką a społecznością właściwie zamyka sprawę, nie przyszło mi do głowy, bo postrzeganie Kościoła w kategoriach socjologicznych jest dla mnie nieintuicyjne ;), ale skoro o nim wspomniałeś, myślę, że to dobre wyjaśnienie.

Co do „najważniejszego” – piszesz, żeby w pewnych sprawach nie ufać intuicji, która współgra z „pokręconą mentalnością naszych czasów”, tylko patrzeć w szerszym kontekście. (Jest w tym coś oczywistego; uchwytuję, zgadzam się, podejrzewam, że nie chciałeś powiedzieć więcej, niż uchwyciłam, więc ten wątek też można by zakończyć. A jednak podrążę.) Mamy teraz dwie możliwości: siebie samego da się przeskoczyć (1) lub się nie da (2). (2) wyklucza postępowanie według tej rady, (1) prowadzi do paradoksu.

Ad. (2). Ludzka świadomość jest przeniknięta przygodnością (a do elementów dla niej przygodnych należy „duch epoki”) na wskroś – i choćbyśmy nie wiem jak bardzo dystansowali się od siebie, abstrahowali od treści własnych poglądów, założeń, struktur, „temperamentu intelektualnego”, itd., itp., choćbyśmy zeszli nie wiem jak głęboko – zawsze będzie nam towarzyszyć, nie da się jej zedrzeć z siebie, bo w najcieńszej niteczce będzie jej włókno. Pod postacią m.in. piętna współczesności. Jeśli w poszukiwaniu absolutności, uniwersalności, ostateczności, odrzucić współczesność całkowicie – nie będzie już czym patrzeć, nie tylko w szerszym kontekście, ale w ogóle w żadnym. Dopóki pozostajemy „przy rozumie” (w sensie: nie jesteśmy mistykami ani szaleńcami), jesteśmy skazani na noszenie w sobie śladów współczesnej mentalności, na jej charakterystyczne wady wrodzone i właściwą jej podatność na te, a nie inne, choroby nabyte. Nie da się przełączyć ani na mentalność innych czasów, ani na perspektywę pozaczasową. (Nie martwiłoby mnie to, bo nie widzę powodów by uważać, że mentalność jakiejkolwiek epoki (w tym naszej) uniemożliwia adekwatną reakcję (poznawczą, moralną...) na rzeczywistość. Być może niektóre epoki są uprzywilejowane, a inne upośledzone – ale żadna nie jest przekreślona.)

(Dygresja: Możliwość (2) nie wyklucza zaniku ograniczeń narzuconych przez mentalność epoki – mogą ustąpić pod naciskiem kontaktu z rzeczywistością – ale to nie jest coś, co można zrobić, to jest coś, co się najwyżej staje. Więc nie ma co próbować gmerać w sobie zbyt głęboko.)

Ad. (1). Możliwe jest zajęcie punktu widzenia całkowicie zewnętrznego wobec własnego punktu widzenia... Żeby nie było paradoksu, łagodniej: możliwe jest zajęcie punktu widzenia całkowicie zewnętrznego wobec wpływu epoki, bo jest on powierzchowny. A gdzieś pod spodem mamy nietknięte nim władze zdolne obejrzeć i ocenić współczesność na tle dziejów.
Jeśli założyć, że takie spojrzenie jest możliwe, czemu od razu wykluczać z niego to, co nazwałam „intuicją”? Albo inaczej: skąd wiesz, że nie ten właśnie zmysł („władza” i „zmysł” użyte swobodnie), który umożliwia obiektywne poznanie i ocenę, nazywam „intuicją”? Jest zmysł mówiący, że jakiś element współczesności jest dobry, jest zmysł mówiący, że ten sam element jest zły. Który z nich ma prawo krytykować drugi, którego ocena jest miarodajna? Jeśli współczesność wyprodukowała coś pod swoją miarę słuszności, to musi się jej to jawić jako słuszne – na tyle bym się zgodziła. Ale tego wynikania nie można po prostu odwrócić; nie znaczy to, że jeśli coś współczesnemu człowiekowi jawi się jako słuszne, to musi tak być dlatego, że ma w głowie współczesną miarkę słuszności. Bo w obrębie możliwości (1) jest jeszcze opcja, że się wzniósł ponad ograniczenia epoki i „patrzy w szerszym kontekście” (i właśnie stamtąd widzi, że dany element jest dobry).

(Skoro nie boimy się życzliwej protekcjonalności, to odbiję piłeczkę: jeśli powyższe wygląda logicznie, to nie znaczy, że jego logiczność wyczerpuje się w wyglądzie i mamy do czynienia z sofizmatem. :) Brakowi „wrażliwości logicznej” może towarzyszyć skłonność do jej demonizowania – oczywiście tak samo, jak „wrażliwości logicznej” może towarzyszyć skłonność do demonizowania jej braku. Jednak akurat od tych swoich własności mentalnych dość łatwo się zdystansować, nie ma przymusu, żeby dorabiać sobie nawzajem gębę intelektualnej kaleki.;))

Oczywiście wszystko to dość sztampowe, koniec końców sprowadza się do wariacji wokół racji ostatecznej itp., trudno napisać coś świeżego, zostaje najwyżej coś szczerego. Nie jestem w stanie wyrwać się z kolein, i nie mogę tego oczekiwać od innych – ale mam nadzieję, że Narrator nie odpowie gotowcem pod tytułem „relatywizm” czy coś w tym stylu (ten „idealizm” nie nastroił mnie optymistycznie;)). Również dziękuję i pozdrawiam.

P.S. Chyba zostaliśmy sobie przedstawieni w jakiejś przypadkowej sytuacji, ale znajomość przebiega bezobjawowo. ;)

Piotr Kaznowski pisze...

Droga Marigolden,

napisałaś tak obszernie, że nie zdołam chyba odpisać wyczerpująco w kilku zdaniach, dlatego niestety pozostanę na poziomie uproszczeń. Przede wszystkim myślę, że wyciągasz zbyt radykalne wnioski z mojej wypowiedzi. Nigdzie nie postuluję absolutnego wyzbycia się „szaty współczesności”, nie wierzę w taką nagość, właśnie dlatego, że człowiek nie żyje, nie myśli, nie działa in abstracto, lecz zawsze w historii. Jeśli wolisz, żebym napisał to bardziej „logicznie”, to powiem, że z faktu, iż człowiek jest bytem historycznym, a więc naznaczonym piętnem swoich czasów, nie wynika logicznie, żeby miał przestać być bytem historycznym :–) (którą to konstatację rzekomo miał zawierać mój wpis). Ważne jest zdanie sobie sprawy ze stanu faktycznego: jeśli jestem bytem historycznym, to znaczy że możliwe jest, iż moje odruchy nie są uniwersalne, lecz przygodne (to jest bardziej „intuicyjne” niż hipoteza odwrotna, o której jeszcze wspomnę niżej). Tylko tyle. I aż tyle. Paradoks, o którym piszesz jest pozorny. Choć problem rzeczywiście istnieje, dlatego należy się nad nim pochylić z uwagą. Mówię o problemie zmiany (czy, jak mówili Grecy, ruchu). Paradoks ten zauważył jako pierwszy Heraklit, gdy stwierdził, że „jesteśmy i nie jesteśmy zarazem, wchodzimy i nie wchodzimy do tej samej rzeki”. Wszystko wokół nas, tak jak my sami podlega zmianie, powstaje i ginie, itd. Pięć lat temu miałaś mniejszą wiedzę niż teraz, a więc biorąc pod uwagę tamten stan i stan aktualny można powiedzieć, że właśnie siebie przeskoczyłaś. Nie da się tego jednak zrozumieć myśląc wyłącznie ”statycznie”, albo inaczej – ”linearnie”. Jeśli będziesz myślała wyłącznie w kategoriach tożsamości, to faktycznie paradoks ma miejsce (skrajnym przypadkiem będzie tu ontologia/epistemologia Parmenidesa). Jednak jeśli dostrzeżesz (jak uczynił to np. Arystoteles rozwiązując problem zapoczątkowany przez Heraklita), że prócz tego, co trwałe i niezmienne, jest jeszcze czynnik podlegający zmianie, wtedy paradoks zniknie. Powiedzmy w skrócie, że to co trwałe to forma, to co zmienne to materia. Relacja F do M jest taka, że M ma charakter „możności” (tzn. czemuś co ma w sobie możliwość być kształtowanym), a F ma charakter „aktu” (czegoś co kształtuje w określony sposób). To jest język arystotelesowskiej metafizyki. W tym języku ruch tłumaczy się jako przejście od możności do aktu, czyli jako proces „aktualizacji”. Jesteś „w możności”, aby przeczytać ten tekst do końca, gdy to się stanie, tekst będzie przez Ciebie przeczytany „w akcie”. Na podstawie tej teorii Arystoteles mógł stwierdzić, że „dusza jest w pewien sposób wszystkim”, ponieważ intelekt jako władza niematerialna w procesie poznania niejako staje się swoim przedmiotem. W tym sensie człowiek może transcendować czas i przestrzeń, ponieważ są one atrybutami materialności, podczas gdy dusza jest niematerialna. Arystoteles nie twierdził jednak, że między duszą a ciałem zachodzi jakiś skrajny dualizm (tak twierdził wcześniej Platon, a w sposób radykalny dopiero Kartezjusz), czyli że „dusza sobie, ciało sobie”. Dusza i ciało nawzajem się warunkują. Tak więc na to jak myślimy, jak wartościujemy itd. składa się szereg czynników, nie tylko te najbardziej intelektualne. Co więcej – nawet nasze poznanie czysto intelektualne jest niezwykle mocno uwarunkowane determinantami psychologicznymi, socjologicznymi, a nawet biologicznymi. Dlatego Arystoteles pisał, że mądrym jest ten, kto potrafi się wznieść ponad zmysły – bo zmysły (tutaj należy to czytać: sfera cielesnych uwarunkowań), są wspólne wszystkim i są „łatwe”, natomiast mądrość jest czymś trudnym i wymaga właśnie „przeskoczenia siebie” i tych uwarunkowań. Historycznie rzecz biorąc – cały program greckiej edukacji, tzw. paidei, opierał się właśnie na wierze w możliwość „przeskoczenia siebie”. Nie na darmo Rzymianie potem nazwali swoją edukację drogą „sztuk wyzwolonych”, ponieważ ich studium miało umożliwić człowiekowi zdystansowanie się do swoich czasów, do siebie samego itd., czyli w efekcie uczynić go wolnym. Ja nie wyciągam z tego wniosków skrajnych – uświadomienie sobie własnej historyczności (czyli faktu, że żyję w kontekście), jakoś strasznie mnie nie smuci i nie uwłacza mojej godności osobistej :–) Wręcz przeciwnie – sama ta świadomość czyni mnie już bardziej wolnym. Im więcej wiemy, tym łatwiej i trafniej potrafimy określić nasze uwarunkowania – również te intelektualne. Oczywiście, to co piszesz o intuicji może być prawdziwe, ale IMO nie należy mnożyć bytów ponad konieczność. Jeśli coś da się wytłumaczyć prościej, to nie ma konieczności tłumaczyć tego trudniej :–) Tzn. hipoteza, że intuicja jest wyrazem jakiegoś kosmicznego ładu czy wiedzy absolutnej raczej niż odruchem warunkowym, jest możliwa, lecz niewiele wyjaśnia, ponieważ nie ma kryteriów, aby ją uzasadnić bądź sfalsyfikować (pociąga ona za sobą, a raczej zakłada, agnostycyzm aksjologiczny i ontologiczny). Natomiast wydaje mi się, że moje uzasadnienie – nie odwołujące się do rzeczy niesprawdzalnych, lecz do rozumowania i danych historii – było wolne od tego obciążenia.
Jeśli chodzi o uwarunkowanie odruchami, to również Twój ostatni wpis dowodzi moją tezę: otóż fakt, że odbierasz moje uwagi jako protekcjonalne, jest świadectwem bardzo współczesnej mentalności, gdzie ludzie odruchowo bardziej zwracają uwagę na siebie i swoje emocje, niż na przedmiot dyskusji. Np. w średniowieczu dyskutowalibyśmy w sposób bardzo techniczny (dzięki czemu uniknęlibyśmy wielu nieporozumień), a np. w XVII w. pisalibyśmy do siebie listy pełne kwiecistej kurtuazji podszytej niebotyczną złośliwością (tak np. pisał Kartezjusz). Dziś, jak sama zauważasz, mamy wrażliwość bardzo gombrowiczowską – uwikłani jesteśmy mocno w te wszystkie gry, domysły, finty w fincie itd. Może dlatego mamy też wrażenie, że siebie nie da się przeskoczyć? Może za bardzo uwikłani jesteśmy w siebie i nie potrafimy już zwrócić uwagi na transcendentny przedmiot rozważań?
Co do logiki, to nigdy jej nie demonizowałem. Jestem wręcz jej wielkim fanem :–) Zauważam jedynie, że logika często wyrabia odruch myślenia czysto linearnego („dedukcyjnego”), podczas gdy filozofia uczy myśleć wielowymiarowo – tzn. uczy, że rzeczywistość jest wieloaspektowa i jej adekwatne zrozumienie wymaga myślenia na wielu płaszczyznach „na raz” (najlepiej mając tego świadomość). Jeśli jednak znajdujesz w moich wpisach błędy logiczne, to chętnie wysłucham Twoich uwag i ewentualnie podejmę dyskusję, jeśli będzie jeszcze czego bronić :–)
Nie twierdzę też, że pewna epoka była lepsza od innej. „Epoka” to w ogóle określenie bardzo rozmyte. Na pewno jednak jesteśmy w stanie stwierdzić, że pewne argumenty są lepsze od innych. I tego się trzymajmy :–)

Pozdrawiam przedświątecznie!
PK

Ps. No to teraz mam zagwozdkę z tym kiedy i gdzie nas sobie „przedstawiono” :–)

Marigolden pisze...

Piotrze, odpowiem po Świętach.
Pozdrawiam, M.

Marigolden pisze...

@ Piotr

A jednak przed Świętami. :)

Bardzo dziękuję za odpowiedź. Konsekwnentnie moja znów będzie ciut dłuższa. ;) Wnioski być może wyciągam zbyt radykalne, ale chyba wszystko jest w porządku, dopóki tej radykalności nie przypisuję Tobie – co przecież zastrzegłam? :)

I

Myśl mam prostą: w gruncie rzeczy problem sprowadza się (jak wszystko) do podstaw, tu akurat – do prawomocności poznania. Nie widzę, żebyś go rozwiązał (i nie sądzę, żeby się dało – wrócę do tego). Przypadek (2) sprowadza się do historyczności (a więc przygodności) rozumu, jego poznania i jego prawd („prawd”) – przygodności do imentu; w sytuacji rywalizacji sprzecznych osądów nie mamy na czym się oprzeć. W przypadku (1) jeśli źródło poznania pewnego typu (dajmy na to intuicję) osądzamy jako zawodne przy pomocy innej władzy, to ta władza również potrzebuje osądu. Albo i ją poddajemy kontroli zewnętrznej, i w nieskończoność przesuwamy problem ze stróżem stróża, albo pozwalamy jej skontrolować samą siebie (i temu służą te wszystkie momenty przeżywania, samooczywistości, rzekome olśnienie jasnością i wyraźnością po stronie przedmiotu itd.). Ale jeśli jej osąd jest wart zaufania, to kontrola nie jest potrzebna, a jeśli nie jest, to nic nam po niej. I to jest paradoks – nie da się przeprowadzić wiarygodnej autokrytyki (a to jedyna alternatywa dla przechodzenia w nieskończoność na kolejne metapoziomy). Jeśli zmysł sam siebie uważa za zawodny, to nie można zaufać jego ocenie, że jest zawodny. Tylko zmysłowi uważającemu się za niezawodny (analogicznie: poznaniu uważającemu się za prawdziwe) jest sens ufać – ale w przypadku konfliktu zmysłów (lub wyników poznawczych) wracamy do problemu z punktu (2).

II

Aktualizacja własnych możności nie jest przeskoczeniem samego siebie – ale spróbuj zaktualizować możności, których nie masz. I tylko o to mi chodzi: krytykując współczesną mentalność w sobie, robimy to z jej punktu widzenia, bo nie mamy innej mentalności niż ta, którą mamy (nie konkurują w nas współczesność i przeszłość czy współczesność i pozaczasowość). Nie pomyślimy nic, na co nasza naznaczona współczesnością świadomość by nam nie pozwoliła, wyżej głowy nie podskoczysz. A skoro tak, to po której stronie i w imię czego się opowiedzieć? No oczywiście – po tej, która prowadzi ku dobru. A co jest dobre rozpoznamy dzięki właściwej z dwóch stron, a właściwa jest ta, która... Widzisz?

Zostawmy wyraz „intuicja” w spokoju (choć nie mam pewności, że problem jest tylko terminologiczny, ale nie chcę się w to zagłębiać) i odnieśmy się do rzeczy: jest w duszy ścieżka do wiedzy ostatecznej, czy też wszystko jest uwarunkowane zmysłami, czyli przygodnością?

Piszesz, że hipoteza [...] niewiele wyjaśnia, bo jest niefalsyfikowalna. Ależ cała filozofia (zwłaszcza jej rdzeń – metafizyka lub epistemologia, wedle uznania) jest niefalsyfikowalna, bo falsyfikacji dokonuje się z „poziomu niżej”, a nic nie może być niżej niż „teoria wszystkiego”. Co wcale nie odbiera jej mocy eksplanacyjnej – względnej. Filozofia jest skazana na paradoksalność, i w tym, że jest własną metanauką, i w tym, że w badaniach schodzi tam, gdzie czekają nas paradoksy. Ale wtedy wszystko, co się na niej opiera – czyli wszystko poza niezapośredniczoną kontemplacją – jest paradoksalne. (Jeśli się nie zgadzasz, nie martw się, jeśli mnie nie przekonasz – spór jest niekonkluzywny.) I tym optymistycznym akcentem... ;)

III

Mój wpis dowodziłby Twojej tezy, gdyby mieć pewność, że moja reakcja była spontanicznym odruchem, a żeby mieć tę pewność, trzeba chyba tę tezę założyć? ;) Po pierwsze, nie muszę odbierać zachowań rozmówcy jako protekcjonalnych, żeby mieć świadomość, że współcześnie uchodzą za protekcjonalne, i żeby liczyć się z tym, że analogiczne zachowania z mojej strony zostaną odebrane jako protekcjonalne przez rozmówcę (może stosuje podwójne standardy). Nie znając rozmówcy wypada się więc ukłonić współczesnej mentalności, niezależnie od tego, czy samej się jest od niej wolną, czy nie. Po drugie, mówisz „ludzie odruchowo bardziej zwracają uwagę na siebie i swoje emocje, niż na przedmiot dyskusji”, ale zwracając uwagę na przedmiot trudno nie zwracać uwagi na siebie, gdy dyskutant czyni cię tej dyskusji przedmiotem („widzę, że masz 'wrażliwość logiczną', ale właśnie taka wrażliwość może bardzo utrudniać właściwe poszukiwania [...] to samo znajduję w myśleniu kol. [...] powyżej”). A może to zwracanie uwagi na ludzi, z którymi się dyskutuje jest świadectwem współczesnej mentalności? ;) Po trzecie, dla jasności: ani protekcjonalność rozumiana jako dydaktyzm, ani rozumiana jako ornamenty mające osłodzić adresatowi krytykę, mi nie przeszkadza. Ani ze strony dyskutanta, ani z mojej. ;D Co do uwikłań – ależ potrafimy zwrócić uwagę na przedmiot – tylko nie w oderwaniu od podmiotu. :) Skoro takie mamy współcześnie gry, to w takie musimy grać, trudno. Przecież nie smuci Cię własna historyczność. :)

IV

Jak wiadomo, są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy dzielą wszystko na dwa rodzaje, i ci, którzy potrafią pojąć nieskończoność. :P Wydało mi się, że mówiąc o „wrażliwości logicznej” patrzysz na tych pierwszych z góry, natomiast Twojego członkostwa w fandomie nie kwestionuję.

Pozdrawiam wigilijnie. ;)

P.S. To naprawdę była nic nie mówiąca sytuacja typu zderzenie czołowe znajomych będących akurat w towarzystwie, więc wypada się przedstawić. De facto się nie znamy, Marigolden znasz już lepiej. :)

Piotr Kaznowski pisze...

Ojacie, normalnie robią mi się na blogu qaestiones quodlibetales, jestem zaszczycony takimi Czytelnikami! Tak więc, Złota Marysiu, odpowiem kwodlibetalnie, ponieważ zbliżamy się powoli do dyskusji na temat pierwszeństwa jajka nad kurą :–)

Uważam, że perspektywa przedstawiona przez Ciebie w I jest możliwa tylko przy założeniu, że podmiot myśli/poznaje itd. w totalnej izolacji (tzn. że jedyne co jest mu dostępne, to on sam). Co prawda niemieccy filozofowie i z takich opałów potrafili znaleźć „jakieś” wyjście, ale nie jest to ani jedyna, ani konieczna perspektywa analizy. Używasz np. słowa „władza”, które ma pewną tradycję, natomiast odnoszę wrażenie, że pozbawiasz je pierwotnych znaczeń i kontekstów, bardziej zwracając uwagę na „przejawy” władzy niż to, co jest jej „istotą” – to jest chyba charakterystyczne właśnie dla myślenia w paradygmacie kartezjańskim (wrzuciłem „chyba”, mam nadzieję, że to docenisz :–)). Mnie bliższy jest paradygmat „klasyczny”, w którym nie muszę mnożyć władz w nieskończoność, ponieważ kryterium pozostaje zgodność z transcendentną wobec mnie rzeczywistością (tak, wiem, wiem… ale czym owa „zgodność”, jak udowodnić, że świat zewnętrzny istnieje?, problem mostu, itd… – odrzucam jednak te perspektywy jako te, które mniej wyjaśniają, a same są genetycznie i historycznie zależne mojej, choć zdaję sobie sprawę, że z ich wyznawcami się nie dogadam, jeśli obie strony pozostaną na swoim gruncie).

Na szczęście, gdy filozofujemy w perspektywie chrześcijańskiej (a przecież to był punkt wyjścia naszej dyskusji) problem zupełnie znika, ponieważ perspektywa „kartezjańska” jest nie do pogodzenia z wiarą katolicką, a w słabszej wersji – istnienie świata zewnętrznego przestaje być problematyczne, więc zastanawianie się nad „prawomocnością poznania” nie musi spędzać nam snu z powiek, ponieważ z dwóch możliwości – albo ja jestem kryterium swojego poznania (co prowadzi do regresu ad infinitum lub do solipsyzmu), albo jest ono względem mnie zewnętrzne – wybieramy to drugie (które jest również bardziej „spontaniczne” i „zdroworozsądkowe”, choć wiem, że te kategorie nie mają już dziś dobrej prasy). A w każdym razie problem ten nie jest moim bólem głowy, ponieważ nawet jeśli nie jestem w stanie udowodnić przeciwnikowi błędu na jego gruncie, to mogę to zrobić na swoim, a ponieważ to on kwestionuje sytuację zastaną (zarówno „egzystencjalnie”, jak i historyczno–filozoficznie), więc to na nim spoczywa onus probandi. Lektura Kartezjusza, Hume’a czy Kanta jest bardzo pouczająca, ale nie znalazłem tam nic, co by podważyło zasadność tzw. paradygmatu klasycznego. Dość niefortunnie wyraziłem się o falsyfikacji ewokując skojarzenia neopozytywistyczne. Powinienem był napisać o „nieracjonalności” (hipoteza, która niczego nie wyjaśnia, albo niczego nie zmienia w praktyce nie spełnia postulatu racjonalności). Metafizyka nie jest falsyfikowalna, ponieważ nie jest wiedzą indukcyjną, lecz „redukcyjną”, tzn. szuka się twierdzeń „uniesprzeczniających” poznanie, jak to pięknie ujmował w słowa ś.p. Ojciec Mieczysław Maria Albert :–)

Co do II, to już tylko w skrócie powiem, że możność natury ludzkiej nie zmienia się w czasie (tzn. jeśli chcemy sensownie używać słowa „natura”), więc Twój zarzut jest moim zdaniem bezzasadny. W perspektywie Arystotelesowskiej nie ma mowy o aktualizowaniu „możności, której się nie ma” – historyczność zaś i przygodność nie wpływają na zmianę możności, lecz na sposób jej aktualizacji. I tak w różnych czasach/kulturach „na wierz” wychodzą różne pokłady naszej natury, nie znaczy to jednak, że nie da się tego „przeskoczyć”, ponieważ sam fakt różnorodności czasów i kultur wskazuje na to, że nasza sytuacja nie jest konieczna, a więc może ulec zmianie :–) Być może różnimy się co do diagnozy siły i uwikłania we „współczesne gry” – ja zdaje się reprezentuje bardziej optymistyczne stanowisko w kwestii „uwolnienia się”, podczas gdy Ty, jak sądzę, bardziej optymistyczne w kwestii oceny samych gier współczesnych :–) Doświadczenie jednak uczy mnie, że nawet ludzie żyjący w tych samych czasach, a nawet w podobnych kontekstach, nie grają w te same gry – albo inaczej: niektórzy potrafią grać w więcej gier od innych, a to samo już świadczy o pewnym „przekroczeniu”. Poza tym myślę, że nadmiernie hipostazujesz „współczesną świadomość” – nie musimy jej od razu postrzegać na modłę Awiceniańską jako jeden wspólny dla wszystkich Intelekt Czynny zasiadający w niebie empirejskim i pozwalający nam na jedno, a nie pozwalający na drugie.

Enyłej, dziękuję za lekcję dobrych manier – postaram się od dziś większą uwagę zwracać na demokratyczne odruchy moich czytelników :–) Mam z tym problem zwłaszcza w necie, gdy nie ma się do czynienia z żywymi osobami, lecz emanacjami ich umysłów: to wszystko jest mocno baudrillardowskie i w tej symulakrycznej hiperrzeczywistości trudno mi awatary traktować jak rozmówców z krwii i kości (zwłaszcza, gdy nie znam nawet ich imienia). W realu staram się mieć większy wzgląd „na osobę” – choć zawsze można by tu jeszcze przeprowadzić apologię z paragrafu „znak sprzeciwu”, ale może już nie będę uciekał się do takiego patosu (który z pewnością „w dzisiejszym świecie” miałby znamiona dyskursu opresywnego) :–)

Jeszcze raz bardzo dziękuję za tak ciekawą dyskusję i uwagę poświęconą temu zakamarkowi netu :–)

Pozdrawiam!
PK