1.12.08

Piękna jak księżyc

To nie był najlepszy dzień, pamiętam dobrze. Ledwo zwlokłem się z łóżka, wciąż jeszcze nie do końca zdrowy. W ogóle to był jeden z tych dni, kiedy człowiek otwierając oczy wzdycha "Ech, Panie Boże, a jednak się obudziłem". Pokasłując, jak ojciec Anatol na swojej Wyspie, zebrałem się w miarę sprawnie do wyjścia. "Boże, bądź miłościw". Musiałem jechać na miasto, droga na około pół godziny - cały czas dany na socjalizację. Idąc do autobusu usiłowałem sobie przypomnieć radomski wariant melodii "kto kochania nie zna, u Boga szczęśliwy, nockę ma spokojną, dzionek nie tęskliwy", którą usłyszałem parę dni wcześniej. Niestety melodia się gdzieś ulotniła, tylko refren pozostał obijając się między os frontale a os occipitale pękającej od kaszlu czaszki. Wiwisekcję pamięci przerwał tamten chłopak wracający z nocnej zmiany. Przeklinał rytmicznie, zgodnie ze sztuką poetycką, krzycząc do słuchawki telefonu. Chodziło o to, że "wyprdolili" Józia, nie uwierzysz, za nad-u-ży-wa-nie alkoholu na stanowisku pracy. Uśmiechnąłem się do tego "nadużywania" (założyłem bowiem, że Józio nie był testerem w Polmosie). Rozmowa szła dalej zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem i koniecznością, aby jej akcja nagle załamała się w momencie kontrowersji kalendarzowo-liturgicznej. Oczywiście jej bohater nie mógł sobie zdawać sprawy z natury tej kontrowersji, ponieważ czynił zadość hamartii, kanonowi zaślepienia, dzięki któremu sztuka poetycka mogła się spełnić. (Tak, ten Wilde'owski klimat dobrze oddawał wtedy mój nastrój. Życie naśladuje sztukę, bo sztuka jest dla sztuki. - Niezdarna proteza założona w ramach autobusowego formatowania smutku). Chwilowo więc chłopak zapomniał o swej hybris, odkładając na bok wolę mocy na "ka", na "pe" i na "cha" wraz z całą pychą i jej mimesis gniewu spoczywającą w zbitkach "rrrwww", "rdl", czy "uj!". Z pantałyku zbiły go jakieś tajemnicze "ostatki", przed - aaa! - "wielkim postem". Komizm ustąpił tragiczności, bo przez tę podsłuchaną rozmowę pomyłek, znów stanęły mi przed oczami "ostatki-Andrzejki", które tamtego roku miały już tylko boleć. No, ale zawsze można nadużyć. Jak Józio, rzecz jasna. Z całą świadomością brnięcia w absurd zacząłem budować teorię samousprawiedliwienia. Sarmaci, dandysi, po prostu Polacy. Nawet nie musiałem uciekać się do tego wyświechtanego patosu. Przypomniały mi się słowa M. - jak tłumaczył Amerykanom istotę polskiej biesiady. Że polega na samowyniszczaniu. Polak pije, śpiewa i gada (apud Polonos nunquam sine clamore et strepitu gaudia fiunt, śmiał się kiedyś Bobkowski naśladując Cezara), choć następnego dnia praca, obowiązki. Ale Polak się wyniszczy, noc zarwie, kaca se fundnie, bo igra z życiem, za bary się z nim bierze (?!). Ponieważ zaś następnego dnia wypadała pierwsza niedziela Adwentu, dostałem zaproszenie na fiestę pt. "Mamy dość smutnych Adwentów! Niech żyje radosne oczekiwanie!". Odpisałem, że spróbuję przyjechać, choć nie spełniam kryteriów zaproszenia. Byłem jednak mile widziany, nawet jeśli wolę "smutne Adwenty". Katolicy są wyćwiczeni w subtelnościach duchowych, więc gdy się nawzajem gnoją, też robią to subtelnie. Ja nawet lubię ten sport. Na przykład ktoś ci zrobi dekonstrukcję życia, najlepiej używając terminologii z tradycyjnych podręczników teologii moralnej, kończąc tyradę współczującym uśmiechem i solenną deklaracją: "ale pamiętaj, wiedz, że będę się za ciebie modlić". To działa też w drugą stronę, gdy po krótkiej rozmowie o tzw. pogodzie natchniony słuchacz skonkluduje, "no, to możesz się teraz za mnie pomodlić". Dziękuję, brada. Jednak moimi ulubionymi scenkami z cyklu "jedni drugich brzemiona noście" są przypadkowe, uliczne spotkania starych kumpli. Co mówię, mężów Bożych! Gdy tylko, przyparty do muru, wyznasz mu, że - dajmy na to - "nie no, ogólnie dobrze, tylko właśnie wczoraj narzeczona mi napisała, że jej się znudziło, więc ona odchodzi" (bo starych, dobrych kolegów - i jest to fakt, który w sposób wystarczający obala filozofię Hume'a - spotyka się zawsze po jakimś życiowym kataklizmie), bez pudła usłyszysz apologię małżeństwa, kolega klepnie cię po ramieniu, puści oczko, i zawieszając nieco głos wypowie sakramentalne "polecamm, polecammm". Pauza (a ty robisz wszystko, żeby jednak przed oczami nie pozostało ci wyobrażenie kolegi, będącego w trakcie polecanych wydarzeń) i po chwili "no to graba, żona czeka! Będę się za ciebie modlić". Ja to naprawdę lubię, bo uważam, że Pan Bóg ma poczucie humoru i zsyła nam braci w wierze, abyśmy nie zapadli się w otchłani smutku. Właśnie, smutek. Miałem przecież na myśli, że "nie spełaniam wymagań", bo sam jestem smutny, a nie że lubię "smutne Adwenty". Swoją drogą, nie słyszałem ani o świętym Tristanie, ani o świętym Dionizosie - domniemanych patronach skłóconych chrześcijańkich denominacji w wersjach "Hallelujah! Welcome to Ibiza :-) " i "Oh God, we are doomed :-( ". Pomyślałem wtedy, że dla mnie Adwent nie jest ani smutny, ani wesoły - Adwent jest niewyspany. Przecież już zadzwoniła do mnie Pani Jola, koordynatorka miliona akcji parafialnych. Boję się spojrzeń i głosów koordynatorek akcji parafialnych. Poczciwe spojrzenie, które zawsze budzi wątpliwość, czy przypadkiem Pani Jola nie wie o mnie czegoś, czego ja sam nie wiem. Głos cichy i nazbyt powolny. Głos, który rozkazał mojemu kaszlowi, aby ustąpił, bo "liczymy na pana, jak co roku. Szczęść Boże!". Który to był już rok z rzędu, kiedy mieliśmy śpiewać Godzinki o szóstej rano, przed Roratami, śpiewać Matce Bożej, która "piękna jak w pełni księżyc świeci człowiekowi"? Pulchra ut luna, electa ut sol. To jest dobrze powiedziane, że "świeci". Noce są najdłuższe, poranki najzimniejsze. I właśnie w ten najgorszy, grudniowy czas Polacy wstają i biegną śpiewać godzinki. Ja miałem wtedy w głowie ciągle to "wyniszczanie się", o którym mówił M., ale W. zauważył, że to nie o to chodzi - my się stawiamy temu światu, to jest manifest, że się nie damy - właśnie, gdy jest najgorzej. Gdy "grzechem Adama ludzie uwikłani" kombinują jak na skróty osiągnąć zbawienie (mmm, polecam, polecam!), gdy rzuciła cię dziewczyna - i pewnie nadużywa teraz z Józiem, a co!, gdy na dworze mróz i nawet głos Pani Joli jest chłodny, gdy świat pogrążony w pysze i zaślepieniu dalej tka swą tragedię... Gdy to się dzieje, my wstajemy po 4 godzinach snu, żeby śpiewać Matce Bożej. Terribilis ut castrorum acies ordinata, wylicza Pieśń nad Pieśniami. "W szyku obóz silny", buczymy co rok z W. w ciemnej kaplicy, "bądź chrześcijan ucieczką i port nieomylny", zaspani i zachrypnięci. Kto kochania nie zna, nockę ma spokojną, dzionek nie tęskliwy... Zapomniałem już o tamtym smutku. Lecz nie dlatego, że Adwent to fiesta. Adventus znaczy "przyjście".
"Oto czynię wszystko nowe."

8 komentarze:

Tomasz Rowiński pisze...

Ładne to - nie powiem - tak z odrobią goryczy.

Anonimowy pisze...

Jeden liturgista mawiał kiedyś całkiem poważnie, że ornat adwentowy powinien być nie fioletowy (bo przecież Adwent nie jest smutny, tylko pół-smutny), tylko różowy (taki złamany fioletowy):))
Pozdrawiam
tonisia

Piotr Kaznowski pisze...

Tonisia - ale jak się chodzi na Roraty, to cały Adwent jest biały :) Róż jest zarezerwowany dla niedziel Gaudete (za 2 tyg.) i Laetare.
Tom - dzięki.

Anonimowy pisze...

rzeczywiście ładnie Piotrze Ci to wyszło, niezbyt przedumanie i szczerze. chciałabym czytać tego na Twoim blogu więcej i częściej :)
W

Piotr Kaznowski pisze...

W. - oczywiście serca nie masz! Ja bym chciał takich rzeczy pisać jak najmniej, albo już nigdy! :)

Anonimowy pisze...

coincidentia oppositorum :)
W

Emilia Żochowska pisze...

No, nareszcie.
To ja też chyba coś napiszę u siebie... Twoje zdrowie.

klucha magna pisze...

Kazno, szkoda, że Ci blog przyklapnął, bo ja lubię ten wpis chyba najbardziej. Właśnie sobie z ZJ do niego wróciłyśmy. Nawet mi te makaronizmy nie przeszkadzają :) Czekam na więcej - może wersja wakacyjna? :)
serio serio

pozdrowizna

klucha